Dzień 9:
WIELKIE NIC i średnia wymówka, ale zamiast ćwiczeń wybrałam świętowanie swoich urodzin. Gdybym była bardziej zorganizowana nie musiałabym w ogóle wybierać.
Dzień 10:
Shoulder & Arms, AB Ripper - moje faktyczne 20 urodzin i spory kac. W sumie bywały gorsze, ale jednak wieczorem zrobiłam to co powinnam.
Dzień 11:
Plyometrics - czyli to co powinno być dnia 9. W pewnym momencie myślałam, że zemdleję i musiałam przystopować, ale dałam z siebie tyle ile mogłam.
Powinna być jeszcze planowo joga, ale nawet nie próbowałam do niej podejść. Przy jodze trzeba się wyciszyć, a ja byłam zła...
Dzień 12:
Legs & Back, AB Ripper - śmieszna rzecz, zauważyłam, że kolana mi się pocą dużo intensywniej od pozostałych części nóg. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Strój do ćwiczeń był prawie cały mokry od potu, więc OK.
Niby nie wygląda to wszystko źle, a jednak czuję się jakbym zawaliła ten tydzień. Głównie chodzi o jedzenie, jak już jem dobrze i zdrowo to zaraz muszę to zepsuć. Już drugi raz olewam sobie jogę i w ogóle przestawiam treningi, bo nie mogę się zorganizować. A wiem, że w następnym tygodniu nie będzie mnie w domu więc też nie będę mogła trzymać się dokładnie planu.
W ten weekend wyjeżdżam na wieś i robię sobie owocowy - warzywny weekend. Myślę, że to pomorze mi nie zawalić chociaż ostatnich dni tego tygodnia. Kenpo pewnie zrobię jak wrócę. Mam też zamiar kupić sobie książkę Chodakowskiej i korzystać z jej przepisów.
Jestem w lekkim dołku i mam wrażenie, że stoję ciągle w miejscu. Ale zaraz się z tego wygrzebię.



